FANDOM




Ciche brzęczenie lasera wypełniło pracownię Phorena. Drobne iskierki rozbłysły w odbiciu w goglach na oczach Matoranina, kiedy cienka wiązka kończyła spawanie mechanicznej protezy lewej ręki rosłego Rithianina w pomarańczowej zbroi.

- Kiedy nastąpił wybuch i wszystkim wstrząsnęło, mój dom się zawalił i uszkodził mi protezę - powiedział siedzący na stole mężczyzna. - A te przeklęte Nuvokah nie kiwnęły nawet palcem.

Po nieudanej rozmowie z Turagą, Vox, Hserg i Galia postanowili powrócić do latarni morskiej Phorena. Zastali go w połowie pracy. Choć nie było na Stadionie Nui, przemówienie Vrexa było też nadawane na publicznym kanale i każdy mógł je odebrać - w tym i konstruktor. Nie omówili jeszcze całej sytuacji szczegółowo, pozwolili Matoraninowi dokończyć reperowanie protezy; wymienili się jedynie krótkimi spostrzeżeniami. Tak jak i Toa, Phoren nie był zbytnio zadowolony z obecnego obrotu spraw.

Oprócz brzęczenia lasera, w pomieszczeniu dało się jeszcze słyszeć odgłos stukania pięty Hserga o podłogę. Toa Ognia siedział ze skrzyżowanymi rękoma na jednej ze skrzyń, nerwowo potupując. Był zdenerwowany, zresztą podobnie jak i dwójka jego kompanów. Każde z nich miało inny sposób na radzenie sobie ze stresem - Galia, siedząca obok Hserga, obracała zwinnie jeden ze swoich sztyletów między palcami, Vox zaś stał przy oknie, spoglądając na miasto.

- Przykro nam, że nie mogliśmy pomóc - powiedział, odwracając się do Rithianina.

- Dajcie spokój, przecież wiem, że nie mogliście nic zrobić - odrzekł tamten. - Zresztą, lepiej, że pomogliście Phorenowi, a nie mi. Inaczej nie miałby mnie kto poskładać, prawda, konstruktorze? - dodał, śmiejąc się rubasznie.

Matoranin odpowiedział lekkim uśmiechem, po czym wrócił do pracy. Wreszcie wprowadził ostatnie poprawki i ściągnął gogle, by móc lepiej przyjrzeć się efektowi końcowemu. Polecił Rithianinowi, by poruszył ręką. Mężczyzna zgiął ją w łokciu i obrócił dłoń, zaciskając wszystkie palce. Nie był to tak płynny ruch, jak w przypadku żywej kończyny, ale Phoren zdawał się być ukontentowany wynikiem swojej pracy.

- Cóż, lepiej nie będzie - oznajmił. - Mógłbym trochę jeszcze nad tym popracować, ale nie mam części. Postaram się zdobyć trochę, kiedy sytuacja w mieście nieco się uspokoi. Dam ci wtedy znać.

- Wielkie dzięki, i tak zrobiłeś dla mnie dużo, konstruktorze. - Rithianin wstał i zerknął na pozostałych obecnych w warsztacie. Milczał przez chwilę. - I… na twoim miejscu, miałbym się na baczności. Zadawanie się z Toa może ci przysporzyć kłopotów. Więcej niż zwykle.

Junky zabrał się na sprzątania narzędzi ze stołu. Phoren kiwnął głową.

- Będę miał to na uwadze.

- To wszystko przez Vrexa - rzucił Hserg, a jego dłoń spadła gniewnie na krawędź skrzyni, na której siedział. - Nie mogę się już doczekać, kiedy tylko stanę z nim twarzą w twarz, to…

- Ekhm - przerwał mu Vox, posyłając karcące spojrzenie. Toa Ognia momentalnie zamilkł i popatrzył na Galię. Jej spojrzenie nie było tak surowe, lecz zdradzało mniej więcej coś w stylu „mógłbyś się go posłuchać”. Wojownik w Arthron wydął usta i spuścił wzrok.

Rithianin uśmiechnął się pod nosem, rzucił krótkie „Bywajcie” na pożegnanie i zmierzył do wyjścia. Kiedy zniknął, w pracowni Phorena na parę chwil zapadło milczenie, przerwane dopiero przez Voxa:

- Uspokój się, Hserg.

- Przecież jestem spokojny - odparł czerwony Toa, zakładając ramiona na piersi.

- To nie do końca prawda - wtrącił się Junky. - Emanuje pan wysoką temperaturą.

- Jestem Toa Ognia. To naturalne.

- Ta temperatura przewyższa nawet tę naturalną dla Toa Ognia, proszę pana.

Hserg pociągnął nosem, lecz po chwili uśmiechnął się do robota i posłał mu równie znaczące spojrzenie.

- Nie próbujesz przypadkiem popisać się przed Lockette?

- Co? Ja… nie, w żadnym wypadku. - Asystent Phorena zmieszał się, spoglądając to na Toa, to na służącą Matoranina. - Ja, emm… chyba… chyba pójdę posprzątać na dole! - dorzucił, po czym błyskawicznie ulotnił się z pracowni.

Czerwony wojownik uśmiechnął się półgębkiem i odchylił się do tyłu, złączywszy dłonie za głową z triumfalnym wyrazem twarzy, lecz wtem odezwał się Vox:

- Junky ma rację, Hserg. Ostatnio jesteś bardzo nerwowy.

Toa Ognia westchnął.

- Cała ta sytuacja jest po prostu… beznadziejna - wyjaśnił. - Vrex wysadził w powietrze prawie połowę miasta i nasłał Mrocznych Łowców na Phorena, ale to z nas robi przestępców. To… to zwyczajnie nie w porządku, Vox.

- Wiem. Mi też się to nie podoba. W dodatku Arctica wciąż nie wraca. - W istocie, w tej chwili to właśnie to najbardziej martwiło Voxa. Toa Lodu miewała nawyk częstego znikania bez śladu, a przez moc jej Kanohi i to, jak bardzo przejęci byli po spotkaniu z Turagą, nikt nie zauważył jej odejścia. Vox podejrzewał, że poszła wziąć sprawy związane z nowym postanowieniem Rady w swoje ręce, miał jednak nadzieję, że szybko wróci. A tak się nie stało. Toa Dźwięku wiedział, że w końcu będzie musiał pójść i jej poszukać. - Ale to nie powód, by się tak unosić. Musimy uważać na słowa. Vrex tylko czeka, aż go zaatakujemy.

- Więc mamy pozwolić mu pierwszemu przypuścić atak? - obruszył się Hserg. - Przecież Nuvokah to nie maszyny do pomagania mieszkańcom w przechodzeniu przez ulicę, tylko mechaniczni żołnierze. I to pewnie jeszcze dużo groźniejsi niż ci, z którymi mieliśmy do czynienia do tej pory. Zmiotą nas, jeśli niczego nie zrobimy.

Galia, która póki co nie odezwała się ani słowem, ożywiła się nagle. Przestała obracać nóż w dłoni i postukała płaską częścią ostrza o dolną wargę, zastanawiając się nad czymś.

- Skoro to Phoren zaprojektował te maszyny - powiedziała, wskazując sztyletem na Matoranina - pewnie zna wszystkie ich słabości. To może nam się przydać.

Wszyscy popatrzyli na konstruktora, a ten tylko podrapał się w tył głowy, speszony.

- Wybaczcie, ale… kiedy pracowałem dla Glavusa, byłem pod dość sporą presją… - odrzekł. - Starałem się, by te maszyny nie miały słabości. Nie umieściłem w nich żadnych wrażliwych punktów, bo bałem się, że jeśli Glavus się o tym dowie, będzie już po mnie. Zresztą… nawet jeśli bym faktycznie je tam umieścił, inżynierowie Syndykatu najpewniej by je wykryli i naprawili.

Hserg skrzywił się.

- Cóż, to niezbyt nam pomaga.

- Władzy nie posiada ten, kto ma słuszne poglądy. - Vox przejechał wzrokiem po pozostałych. - Tylko ten, kogo popierają ludzie. Jeśli mieszkańcy staną po naszej stronie, może uda się pozbawić władzy Vrexa i zakończyć to wszystko.

Galia i Hserg popatrzyli po sobie.

- Tylko, że sporo mieszkańców ma do nas uraz - powiedział Toa Ognia. - Tylko niektórzy są po naszej stronie. A reszcie pewnie jest wszystko jedno.

- Więc musimy rozmawiać - odrzekł Vox. - I pokazywać, że nam na nich zależy. Musimy przekonać ich, że warto się za nami wstawić. Na pewno jest w mieście więcej takich osób, jak ten Rithianin. Konstruktorze - zwrócił do Phorena. - Nie masz żadnych przyjaciół, którzy mogliby nas wspomóc w tej sprawie?

Le-Matoranin pokręcił głową.

- Przykro mi, Toa. Jedynymi przyjaciółmi, jakich mam, są stworzone przeze mnie maszyny.

- Oczywiście, jesteśmy gotowi wesprzeć was w tej walce - powiedziała Lockette.

Vox uśmiechnął się kwaśno.

- Dzięki, Lockette. To pocieszające.

- No dobrze, wiemy już, że Lockette jest po naszej stronie - odezwał się Hserg. - Ale to nie wystarczy, żeby pozbawić Vrexa władzy.

Toa Dźwięku zamyślił się, próbując przypomnieć sobie kogoś, kto byłby skłonny ich poprzeć. W ciągu ostatnich dwudziestu lat pobytu na wyspie pomogli tylu mieszkańcom, że Vox nie był w stanie ich wszystkich sobie teraz przypomnieć. Zresztą, nie miało to teraz zbyt większego znaczenia. To, że kiedyś im pomogli, nie oznaczało od razu, że zechcą sprzeciwić się Syndykatowi dla sprawy Toa - zwłaszcza, że część z nich mogła być zawiedziona brakiem pomocy z ich strony, kiedy wydarzyła się katastrofa. Vox wiedział, że trudniej było zdobyć czyjeś zaufanie, niż je stracić. A jeszcze trudniej odzyskać.

Lecz, nagle, przypomniał coś sobie. Zasłyszana rozmowa przed Stadionem Nui, tuż po zakończeniu przemówienia Vrexa.

- Pracownicy fabryki - powiedział.

Reszta popatrzyła na niego ze zdziwieniem, nie do końca rozumiejąc.

- Z Piątego Dystryktu - doprecyzował Toa. - Słyszałem ich rozmowę, jak dzielili się wrażeniami po sytuacji na stadionie. Nie wydawali się popierać pomysłu Vrexa.

Hserg pokiwał głową.

- Syndykat nie od dziś wyzyskuje robotników w Piątym Dystrykcie. Jeśli ktoś będzie chciał się mu odegrać, to właśnie oni. To może się udać.

- Pamiętaj tylko, Vox - Galia zwróciła się do mężczyzny w Hau - że pozbawienie Syndykatu władzy nie będzie oznaczało końca problemów.

Brew szarego Toa uniosła się.

- Co masz na myśli?

Galia wstała i zaczęła się przechadzać po pracowni, cały czas obracając w dłoni nóż.

- Przyszło mi już obalić władzę na jednej wyspie i… Vrex nie różni się wcale tak bardzo od Xixexa. Obaj to typ władcy, który rządzi twardą ręką i może wszystko, co tylko zechce. Wiem, że jestem na Artas Nui od niedawna, ale zdążyłam już poznać się na Vrexie, Hserg też dużo mi opowiadał. To osoba, której nikt nie odważy się przeciwstawić. Pozbycie się kogokolwiek może być niekorzystne albo kosztowne dla jego interesów, ale nigdy nie będzie zagrożeniem dla niego. Bo wszyscy się go boją.

Vox i Hserg wymienili spojrzenia. Trudno było się z nią nie zgodzić.

- Na Quentris, z Xixexem było tak samo - kontynuowała dziewczyna. - Tam każdy pragnął władzy dla siebie, ale mało kto próbował ją przejąć, bo wszyscy bali się, że Xixex zrobi z nimi… to. - Przejechała ostrzem sztyletu w poprzek szyi, ledwie parę centymetrów od skóry. - Dlatego kiedy zginął, na wyspie zapanował chaos, bo wszyscy nagle dostali wolną rękę. Podejrzewam, że na Artas Nui jest podobnie. Hserg mówił mi - tu skinęła nożem na Toa - że przed powrotem Vrexa demonstracje Khakkhary miały miejsce co chwilę, a teraz prawie wcale ich nie ma. Mimo to wątpię, żeby ci ludzie przestali próbować przejąć władzę. Chodzi mi o to, że jeśli odciągniemy Vrexa od władzy…

- …możemy mieć tu wojnę domową - dokończył za nią Hserg. - To chyba prawda, co mówią. To faktycznie jest Nieugięte Miasto. Nieugięte w dążeniu do wojny.

- Nie - zaprotestował Vox. - Nie dopuścimy, żeby do niej doszło.

- Tylko jak chcesz tego dokonać? - zapytał Toa Ognia. - Galia ma rację. - Wskazał na Xiankę. - A jeśli mam komuś zaufać w kwestii obalania władzy, to jej. Po wyeliminowaniu Vrexa z gry o… no, władzę, na planszy zostaniemy my i Khakkhara. Jeśli, rzecz jasna, po drodze nie znajdzie się ktoś trzeci.

- Dlatego przekonamy Khakkharę, żeby stanęła po naszej stronie. - Oczy Voxa zajarzyły się. - Przynajmniej teraz. Mamy wspólnego wroga, a wątpię, żeby po pozbyciu się nas z wyspy Vrex nic z nimi nie zrobił. Podejrzewam, że jak tylko stąd znikniemy, naśle na nich Nuvokah. Ale jeśli połączymy siły, może uda nam się go powstrzymać… a potem, kiedy już Syndykat zostanie obalony… może ta współpraca powstrzyma nas przed skoczeniem sobie do gardeł.

- Myślisz, że tak będzie? - spytał Hserg.

- Nie jestem pewien. Ale na pewno teraz, kiedy musimy wyzwolić Artas Nui spod wpływu Vrexa, wolałbym mieć ich po swojej stronie niż po innej.

Wbił wzrok w towarzyszy, oczekując ich odpowiedzi.

- Dobrze… więc, jak zamierzasz przekonać tych wszystkich ludzi, by stanęli po naszej stronie? - odezwała się w końcu Galia.

- Cóż, plan - oparł Vox. - Na początek potrzebny jest nam plan.

Hserg i Vortixx pokiwali zgodnie głowami.

- Plan - powtórzył czerwony wojownik. - Ale do tego musimy chyba być tu wszyscy. A Arctica wciąż nie wróciła.

Toa Dźwięku musiał przyznać mu rację. Kobieta rzeczywiście długo nie wracała. Zbyt długo. Vox zaczął się coraz bardziej obawiać, że stało się coś złego.

- Pójdę jej poszukać.

Już miał zmierzyć ku zejściu, kiedy nagle z dołu dobiegł ich głos Junky’ego:

- Panie Phoren… Chodźcie tu wszyscy! Toa Arctica wróciła!

Dwójka Toa, Matoranin i Xianka spojrzeli po sobie, po czym natychmiast zbiegli po schodach.

Na dole zastali ranną, chwiejącą się na nogach Arcticę z pękniętą maską.